Dziś wydarzyło się coś, czego od samego początku starałam się (dotychczas z sukcesem) uniknąć - poznałam znajomych Bryana.
Postawiona bez ostrzeżenia w obliczu pytania "So, you're gonna keep in touch with Bryan, aren't you" czułam się zaiste nieco dziwnie. Sądzę jednak, że on czuł się jeszcze dziwniej :)
sobota, 4 grudnia 2010
czwartek, 25 listopada 2010
:)
Dziś w trakcie rozmowy o Urzędzie Eric wypalił "You haven't told me what you think of my son!". Ubawiło mnie to troszkę w kontekście mojego wczorajszego wpisu, ale nie dałam nic po sobie poznać i (zgodnie z prawdą) odparłam, że niewiele mogę powiedzieć, bo zamieniliśmy ledwie dwa zdania, ale wydaje się miły, no i niezły z niego przystojniak. W odpowiedzi musiałam wysłuchać kilkuminutowego peanu na cześć Luke'a, który jest bardzo fajny, trochę nieśmiały, ale zyskuje przy bliższym poznaniu, do tego ma wspaniały stosunek do kobiet. Cóż, wychował się z trzema siostrami. Co być może tłumaczy także pewną zniewieściałość. I nadal żałuję, że nie poprosił o mój numer ]:->
środa, 24 listopada 2010
Rozrywki wszelakie część druga
...a skoro o rozrywce mowa - TVN zakupiła format X Factor, który namiętnie co tydzień oglądamy z Helen i Jamesem (on akurat ogląda tylko dlatego, że my to robimy), więc będzie do czego wracać! Hehe.
Salsa evening. Główną atrakcją wieczoru miał być bynajmniej nie nawiedzony instruktor z Erytrei, a syn Erica, czyli przystojniak ze zdjęcia (Eric trzyma zdjęcia swoich dzieci i żony w gabinecie. Odnoszę wrażenie, że żonę kocha troszkę mniej niż dzieci). Niestety odczucie było mieszane - owszem, na żywo wygląda równie dobrze, jak na zdjęciu, ale sprawia wrażenie geja. Wrażenie mogło być jednak cokolwiek mylne, bo tu połowa mężczyzn wygląda co najmniej metrosex. Poznałam także wszystkie córki Erica, oraz jego żonę (Eric po dość dużej dawce alkoholu nawet z nią zatańczył). Luke to zdecydowanie najbardziej udane z dzieci. Co do samej imprezy (była to charity, z której dochód przeznaczony zostanie na podróż Laury Brown do Meksyku, gdzie rehabilituje chore dzieci), to przyjechaliśmy późno, w sumie na sam koniec. Abu akurat szkolił tłumek w tańcu reggaeton (wyglądało to dość zabawnie zważywszy na obecność w owym tłumku mężczyzn), co muzycznie akurat mi podchodziło, ale ze względu na trzeźwy stan do tańczących nie dołączyłam. A potem nastąpiły pląsy w parach, więc o tańcu mogłam już zapomnieć i skupiłam się na swoim piwie oraz socialisingu. Niestety, Luke nie poprosił o mój nr telefonu. Cała historia pod tytułem 'Zawsze mówiłam, że Eric będzie wymarzonym teściem a teraz proszę, jestem żoną jego syna' umarła zanim się narodziła. Pech.
Tydzień później byliśmy w teatrze na sztuce 'Allo Allo'. Zabawna, ale do telewizyjnego oryginału daleko. Ale może porównanie jest niesprawiedliwe - trudno było być obiektywnym, mając w pamięci aktorów znanych ze szklanego ekranu i sposób, w jaki mówili najbardziej sztandarowe kwestie, jak 'You stupid woman!', 'Listen very carefully cause I shall say this only once' czy 'Dziń dybry'. Po sztuce poznałam mamę Helen (połowa jej rodziny albo występowała w sztuce, albo pracowała za jej kulisami) i zostałam zaproszona na kolację u niej w domu przed wyjazdem.
Dwa dni później umówiłam się na kolację z Ilianą i jej mężem Yannem (to było moje trzecie wyjście z nimi, lub między innymi z nimi, w ciągu 10 dni; wcześniejsze opisane powyżej) na kolację i drinki. Miałam poznać Hiszpana, którego Yann wyhaczył na jakimś forum szukając osoby, z którą mógłby porozmawiać w ojczystym języku (innej niż jego żona, naturalnie). Dołączyli ich znajomi, z którymi zakończyliśmy wieczór w najstarszym pubie w Worcester, gadając o filmach, językach obcych i naszych ojczystych krajach (w towarzystwie mieliśmy Chińczyka, Meksykankę, Hiszpanów, Jamajczyka, moją skromną osobę oraz jedną jedyną Angielkę). Po raz pierwszy od przyjazdu będąc 'na mieście' nie tęskniłam za znajomymi.
Następny dzień spędziłam w Sea Life Centre w B'ham, dotykałam kraba i rozgwiazdę, widziałam rekiny i inne takie, których zdjęcia wkrótce na fejsie:) Amen.
Salsa evening. Główną atrakcją wieczoru miał być bynajmniej nie nawiedzony instruktor z Erytrei, a syn Erica, czyli przystojniak ze zdjęcia (Eric trzyma zdjęcia swoich dzieci i żony w gabinecie. Odnoszę wrażenie, że żonę kocha troszkę mniej niż dzieci). Niestety odczucie było mieszane - owszem, na żywo wygląda równie dobrze, jak na zdjęciu, ale sprawia wrażenie geja. Wrażenie mogło być jednak cokolwiek mylne, bo tu połowa mężczyzn wygląda co najmniej metrosex. Poznałam także wszystkie córki Erica, oraz jego żonę (Eric po dość dużej dawce alkoholu nawet z nią zatańczył). Luke to zdecydowanie najbardziej udane z dzieci. Co do samej imprezy (była to charity, z której dochód przeznaczony zostanie na podróż Laury Brown do Meksyku, gdzie rehabilituje chore dzieci), to przyjechaliśmy późno, w sumie na sam koniec. Abu akurat szkolił tłumek w tańcu reggaeton (wyglądało to dość zabawnie zważywszy na obecność w owym tłumku mężczyzn), co muzycznie akurat mi podchodziło, ale ze względu na trzeźwy stan do tańczących nie dołączyłam. A potem nastąpiły pląsy w parach, więc o tańcu mogłam już zapomnieć i skupiłam się na swoim piwie oraz socialisingu. Niestety, Luke nie poprosił o mój nr telefonu. Cała historia pod tytułem 'Zawsze mówiłam, że Eric będzie wymarzonym teściem a teraz proszę, jestem żoną jego syna' umarła zanim się narodziła. Pech.
Tydzień później byliśmy w teatrze na sztuce 'Allo Allo'. Zabawna, ale do telewizyjnego oryginału daleko. Ale może porównanie jest niesprawiedliwe - trudno było być obiektywnym, mając w pamięci aktorów znanych ze szklanego ekranu i sposób, w jaki mówili najbardziej sztandarowe kwestie, jak 'You stupid woman!', 'Listen very carefully cause I shall say this only once' czy 'Dziń dybry'. Po sztuce poznałam mamę Helen (połowa jej rodziny albo występowała w sztuce, albo pracowała za jej kulisami) i zostałam zaproszona na kolację u niej w domu przed wyjazdem.
Dwa dni później umówiłam się na kolację z Ilianą i jej mężem Yannem (to było moje trzecie wyjście z nimi, lub między innymi z nimi, w ciągu 10 dni; wcześniejsze opisane powyżej) na kolację i drinki. Miałam poznać Hiszpana, którego Yann wyhaczył na jakimś forum szukając osoby, z którą mógłby porozmawiać w ojczystym języku (innej niż jego żona, naturalnie). Dołączyli ich znajomi, z którymi zakończyliśmy wieczór w najstarszym pubie w Worcester, gadając o filmach, językach obcych i naszych ojczystych krajach (w towarzystwie mieliśmy Chińczyka, Meksykankę, Hiszpanów, Jamajczyka, moją skromną osobę oraz jedną jedyną Angielkę). Po raz pierwszy od przyjazdu będąc 'na mieście' nie tęskniłam za znajomymi.
Następny dzień spędziłam w Sea Life Centre w B'ham, dotykałam kraba i rozgwiazdę, widziałam rekiny i inne takie, których zdjęcia wkrótce na fejsie:) Amen.
piątek, 19 listopada 2010
=="
James do Helen po powrocie z zakupów: "Słyszałaś kiedyś o piwie Tyskie?"
Helen: "Nie, nigdy".
Zgroza:P
Tak czy owak, nie omieszkałam poinformować, że piwo pochodzi z tego samego kraju, co ich współlokatorka, na co Helen pochwaliła smak Tyskiego i wszyscy są teraz zadowoleni:)
Helen: "Nie, nigdy".
Zgroza:P
Tak czy owak, nie omieszkałam poinformować, że piwo pochodzi z tego samego kraju, co ich współlokatorka, na co Helen pochwaliła smak Tyskiego i wszyscy są teraz zadowoleni:)
wtorek, 9 listopada 2010
Rozrywki wszelakie część pierwsza
Wraz z półmetkiem mojego stażu nastąpiło zacieśnienie przestrzeni w moim kalendarzu, czyli wzmożona liczba wydarzeń o charakterze towarzyskim. W czwartek mieliśmy team night out, czyli wyjście na comedy night połączoną ze skąpą kolacją. Wieczór prowadziła kobieta, toteż już na starcie miała u mnie -100 punktów, a liczba spadała wprost proporcjonalnie do ilości czynionych przez nią nawiązań do seksu. Pierwszy komik też ciągle gadał o seksie, ale był czarny, więc na starcie dostał +100 i nawet po odjęciu punktów za wrzuty o giant cocks nadal pozostawał na plusie. Gwiazdą wieczoru byli The Noise Next Door, grupa komików-improwizatorów, którzy rozśmieszyli mnie do łez, i to trzykrotnie. Poczułam się jak za dawnych dobrych studenckich czasów, kiedy jeździłam za kabaretami i na kabarety, i na moment odżyło we mnie nieśmiertelne "Za rok koniecznie jedziemy na Mulatkę/Ryjek!". Chłopaków można obejrzeć np. tu: http://www.youtube.com/watch?v=W0jBShvVffY
W piątek był Guy Fowkes Day tudzież Night, więc w całym kraju przez cały weekend królowały bonfires i fajerwerki. Wybrałam się na takowe w sobotę. Ognisko - cóż, wielki płonący stos drewnianych skrzynek, nic, na co możnaby patrzeć dłużej niż przez 5 minut. Fajerwerki - fajne, ale żałośnie krótko (kwadrans). Ogólnie nie warte to było tych pięciu funtów zapłaconych za chwilę rozrywki na koszmarnie błotnistym polu. Atrakcją było zaś niewątpliwie towarzyszące widowisku wesołe miasteczko z karuzelami, zamkiem duchów i mega wielką chuśtawą. Jako że boję się wsiadać na wszelkiego rodzaju diabelskie młyny, kolejki górskie itp., dałam się namówić tylko na dwie umiarkowanie przerażające karuzele. Przeżyłam i jestem z siebie dumna.
W niedzielę nadszedł czas na wycieczkę do Malvern na zwiedzanie (nuda, zwłaszcza że do Malvern jeździ się chodzić po Wzgórzach, a ja nie mam odpowiednich butów, więc tego niestety nie zaliczyłam) oraz małą reggae imprezkę. Małą w dosłownym sensie. Zaczęło się od tego, że jakiś czas temu w Worcester próbowaliśmy zaliczyć podobny event, również z Yasusem Afari w roli głównej. Miał gadać swoje poezje w towarzystwie muzyków. Kiedy dotarliśmy tam grubo po czasie, po otwarciu drzwi okazało się, że koleś siedzi sobie na scenie i nawija do prawie pustej sali. Szybciutko wycofaliśmy się z powrotem na korytarz, a następnie przekonawszy się, że muzyki żadnej nie ma, po cichutku opuściliśmy budynek. Jadąc do Malvern mieliśmy nadzieję trafić na performance, zwłaszcza, że miała występować również Molara (ex-Zion Train). Okazało się, że tym razem mieliśmy więcej szczęścia - zniosłam jakoś propagandowy wykład Yasusa, z którym sobie nawet później trochę pogadaliśmy (na wieść, że jestem z Polski ożywił się i wspomniał o swoim występie w Warszawie parę lat temu, a później zostałam pozdrowiona ze "sceny" jako sister from Poland!), no a występ to było znowu to, czego mi było trzeba. Molara i Ital Audio dali fantastyczne, kameralne show dla 15 osób w sali nieco większej od mojego dużego pokoju. Cudo po prostu. Niestety musieliśmy zwinąć się wcześniej, przez co nie było szansy powiedzieć Molarze, że widziałam ją na żywo w Łodzi na pierwszej i jedynej edycji Boat Reggae Festival...
Jutro mamy z kolei wyjście z pracy na charity salsa evening (Anglicy - przynajmniej tutejsi - ciągle robią coś for charity), gdzie nie zamierzam tańczyć, ale mam za to poznać rodzinę Erica, w tym jego żonę i przystojnego syna, więc będzie warto. W sobotę miałyśmy jechać z dziewczynami do B'ham zaszaleć, ale niestety trzeba to było przełożyć. W nastepny czwartek idziemy z Ilianą i jej mężem (Helen ze znajomymi też będą) na 'Allo Allo'. Później w grafiku mam już 'tylko' ladies night w Birmingham i koncert Thirty Seconds To Mars z Jonem (i jego znajomymi). Ale że do wybrania mam jeszcze prawie 6 dni wolnego, a przyzwoitość nakazuje jakiś wypad turystyczny, jest spora szansa, że kalendarz z czasem się jeszcze bardziej zapełni.
W piątek był Guy Fowkes Day tudzież Night, więc w całym kraju przez cały weekend królowały bonfires i fajerwerki. Wybrałam się na takowe w sobotę. Ognisko - cóż, wielki płonący stos drewnianych skrzynek, nic, na co możnaby patrzeć dłużej niż przez 5 minut. Fajerwerki - fajne, ale żałośnie krótko (kwadrans). Ogólnie nie warte to było tych pięciu funtów zapłaconych za chwilę rozrywki na koszmarnie błotnistym polu. Atrakcją było zaś niewątpliwie towarzyszące widowisku wesołe miasteczko z karuzelami, zamkiem duchów i mega wielką chuśtawą. Jako że boję się wsiadać na wszelkiego rodzaju diabelskie młyny, kolejki górskie itp., dałam się namówić tylko na dwie umiarkowanie przerażające karuzele. Przeżyłam i jestem z siebie dumna.
W niedzielę nadszedł czas na wycieczkę do Malvern na zwiedzanie (nuda, zwłaszcza że do Malvern jeździ się chodzić po Wzgórzach, a ja nie mam odpowiednich butów, więc tego niestety nie zaliczyłam) oraz małą reggae imprezkę. Małą w dosłownym sensie. Zaczęło się od tego, że jakiś czas temu w Worcester próbowaliśmy zaliczyć podobny event, również z Yasusem Afari w roli głównej. Miał gadać swoje poezje w towarzystwie muzyków. Kiedy dotarliśmy tam grubo po czasie, po otwarciu drzwi okazało się, że koleś siedzi sobie na scenie i nawija do prawie pustej sali. Szybciutko wycofaliśmy się z powrotem na korytarz, a następnie przekonawszy się, że muzyki żadnej nie ma, po cichutku opuściliśmy budynek. Jadąc do Malvern mieliśmy nadzieję trafić na performance, zwłaszcza, że miała występować również Molara (ex-Zion Train). Okazało się, że tym razem mieliśmy więcej szczęścia - zniosłam jakoś propagandowy wykład Yasusa, z którym sobie nawet później trochę pogadaliśmy (na wieść, że jestem z Polski ożywił się i wspomniał o swoim występie w Warszawie parę lat temu, a później zostałam pozdrowiona ze "sceny" jako sister from Poland!), no a występ to było znowu to, czego mi było trzeba. Molara i Ital Audio dali fantastyczne, kameralne show dla 15 osób w sali nieco większej od mojego dużego pokoju. Cudo po prostu. Niestety musieliśmy zwinąć się wcześniej, przez co nie było szansy powiedzieć Molarze, że widziałam ją na żywo w Łodzi na pierwszej i jedynej edycji Boat Reggae Festival...
Jutro mamy z kolei wyjście z pracy na charity salsa evening (Anglicy - przynajmniej tutejsi - ciągle robią coś for charity), gdzie nie zamierzam tańczyć, ale mam za to poznać rodzinę Erica, w tym jego żonę i przystojnego syna, więc będzie warto. W sobotę miałyśmy jechać z dziewczynami do B'ham zaszaleć, ale niestety trzeba to było przełożyć. W nastepny czwartek idziemy z Ilianą i jej mężem (Helen ze znajomymi też będą) na 'Allo Allo'. Później w grafiku mam już 'tylko' ladies night w Birmingham i koncert Thirty Seconds To Mars z Jonem (i jego znajomymi). Ale że do wybrania mam jeszcze prawie 6 dni wolnego, a przyzwoitość nakazuje jakiś wypad turystyczny, jest spora szansa, że kalendarz z czasem się jeszcze bardziej zapełni.
środa, 3 listopada 2010
The girls
Jak to zwykle bywa, w momencie uświadomienia sobie, że połowa pobytu w Anglii już za mną, życie nabrało rozpędu i kolorytu. Konkretnie, zaczęłam zżywać się z ludźmi z pracy. Np. skoczyłam po pracy na spontaniczne piwo z Alim i było super. Odkryłam, że Jon nie jest jednak wyniosłym bucem, wręcz przeciwnie. Do tego stopnia przeciwnie, że idziemy razem na koncert Thirty Seconds To Mars 1 grudnia! Bilety prewencyjne zostały już nawet kupione! Przynajmniej tego Artystę-Który-Postanowił-Ponownie-Przyjechać-Do-Polski-Gdy-Mnie-Tam-Nie-Ma uda mi się zobaczyć... No i wreszcie, zżyłam się z dziewczynami z International Trade Team.
W naszym teamie, poza managerką Lindą, pracują Shernel z Barbadosu, Iliana z Meksyku, no i ja. Są dokładnie takie, jak mi Eric o nich opowiadał: Nell bezpośrednia, mówi co myśli i ma cięty język oraz poczucie humoru; Iliana jest absolutely lovely. Przemiła po prostu. Należy do osób, które chcąc ci oddać pieniądze spytają najpierw, czy mogą to zrobić teraz, czy przypadkiem nie wolałbyś, żeby przyjść później. Do moich obowiązków należy m.in. pomaganie jej przy bazie danych i szkoleniach, które organizujemy w Izbie. Pewnego dnia podczas przygotowywania sali do szkolenia Iliana zaczęła zwierzać się ze swojego rozczarowania pracą i Lindą [hehe] i że właśnie dowiedziała się o swojej ciąży. Parę dni później mieliśmy wyjazd do biura w Telford, połączony z lunchem, i nasza nowo nawiązana więź uległa dzięki temu znacznemu zacieśnieniu:). Trzymamy się teraz w trójkę (to nasz sekretny front krytyków Lindy), z Nell wymieniłyśmy się empetrójkami (oczywiście wcisnęłam jej całą polską muzykę, jaką mam, z naciskiem na reggae), dostałam też wczoraj od niej w pracy flaszkę bardzo dobrego likieru (uroki pracy z firmami produkującymi alkohole; nota bene firma ta - Chase Distillery - została wybrana producentem najlepszej wódki na świecie, bodajże last year). Jutro mamy team night out, zatem wychodzimy wszyscy, ale po pracy spotykamy się w trójkę u Iliany. Next weekend mamy skoczyć do Birmingham na jakieś baunsy, 18.11 idę z Ilianą i jej mężem do teatru na sztukę - uwaga, uwaga - 'Allo, 'Allo. Robi się fajnie, grafik mi się zapełnia, a tu zaraz trzeba będzie wracać! Trochę szkoda:)
W naszym teamie, poza managerką Lindą, pracują Shernel z Barbadosu, Iliana z Meksyku, no i ja. Są dokładnie takie, jak mi Eric o nich opowiadał: Nell bezpośrednia, mówi co myśli i ma cięty język oraz poczucie humoru; Iliana jest absolutely lovely. Przemiła po prostu. Należy do osób, które chcąc ci oddać pieniądze spytają najpierw, czy mogą to zrobić teraz, czy przypadkiem nie wolałbyś, żeby przyjść później. Do moich obowiązków należy m.in. pomaganie jej przy bazie danych i szkoleniach, które organizujemy w Izbie. Pewnego dnia podczas przygotowywania sali do szkolenia Iliana zaczęła zwierzać się ze swojego rozczarowania pracą i Lindą [hehe] i że właśnie dowiedziała się o swojej ciąży. Parę dni później mieliśmy wyjazd do biura w Telford, połączony z lunchem, i nasza nowo nawiązana więź uległa dzięki temu znacznemu zacieśnieniu:). Trzymamy się teraz w trójkę (to nasz sekretny front krytyków Lindy), z Nell wymieniłyśmy się empetrójkami (oczywiście wcisnęłam jej całą polską muzykę, jaką mam, z naciskiem na reggae), dostałam też wczoraj od niej w pracy flaszkę bardzo dobrego likieru (uroki pracy z firmami produkującymi alkohole; nota bene firma ta - Chase Distillery - została wybrana producentem najlepszej wódki na świecie, bodajże last year). Jutro mamy team night out, zatem wychodzimy wszyscy, ale po pracy spotykamy się w trójkę u Iliany. Next weekend mamy skoczyć do Birmingham na jakieś baunsy, 18.11 idę z Ilianą i jej mężem do teatru na sztukę - uwaga, uwaga - 'Allo, 'Allo. Robi się fajnie, grafik mi się zapełnia, a tu zaraz trzeba będzie wracać! Trochę szkoda:)
niedziela, 24 października 2010
Rzecz o koncertach
W swoim zmotywowaniu do zaliczenia kilku dużych koncertów w Jukeju, wkrótce po przyjeździe do Worcester zrobiłam risercz gigów na październik. Jakież było moje podniecenie gdy okazało się, że Tricky, którego po Open'erze obiecałam sobie obejrzeć jeszcze raz, ma właśnie trasę po Anglii. Wysłałam maila do wszystkich w Izbie, bez względu na wiek, niestety odzew był żaden. Zaczęłam rozmyślać o samotnym wypadzie, pechowo w toku badania gruntu pod tę podróż okazało się, że powrót w środku nocy pociągiem lub busem do Worcester jest po prostu niemożliwy. W najlepszym wypadku, aby wrócić skądkolwiek - a w grę wchodziły przynajmniej dwie lokalizacje - na pierwszy transport do domu trzeba byłoby czekać do 5-6 rano. Zatem - konieczny byłby nocleg, czyli dodatkowy wydatek i fatyga. Powoli animusz zaczął mnie opuszczać, a występ Tricky'ego postanowiłam zrekompensować sobie wypadem do Sheffield na koncert Lee Scratch Perry'ego. I'm not a fan, ale doświadczenie wydawało się warte zaliczenia, zwłaszcza że ze względu na wiek facet może już długo nie pociągnąć. Udało mi się namówić na tę eskapadę Bryana, który - ważna rzecz - dysponuje samochodem. Trzy dni przed koncertem wyznał, że w życiu nie słyszał o takim artyście, przez co Worcester opuszczałam z duszą na ramieniu.
Teraz mały off-topic, prawda życiowa, która nasunęła mi się podczas naszej samochodowej wycieczki: chłopcy i dziewczęta, chcąc sprawdzić, czy jesteście w stanie iść z kimś przez zawodowe lub prywatne życie, spędźcie z nim/nią kilka godzin w samochodzie. Jeśli nie potraficie znieść nieustannych komentarzy lub absolutnie zaskakujących i nieuzasadnionych przejawów road rage, przemyślcie jeszcze raz, czy na pewno chcecie to ponownie przeżywać przez resztę waszego życia. Jestem przekonana, że możnaby napisać naukową rozprawę o wpływie wspólnego podróżowania samochodem na wzrost liczby rozwodów.
Wracając do tematu właściwego, szczęśliwie wbrew moim obawom Bryan na koncercie bawił się doskonale, chyba nawet lepiej ode mnie. Lee objawił się w glorii i chwale, z czerwoną brodą i włosami i w czymś na głowie, co przypominało skrzyżowanie czapki z daszkiem, korony i kuli dyskotekowej. Muzycznie było dużo lepiej niż się spodziewałam i wówczas to, czyli w zeszły piątek stwierdziłam, że ten wyjazd to jest to, czego mi było trzeba (sam pobyt w dużym mieście był dawno nie odczuwaną sensacją, której braku wcześniej nie zauważałam), i że jednak chcę pojechać na Tricky'ego no matter what. Z tym postanowieniem wróciłam do domu.
W poniedziałek poczyniłam internetowe badania gruntu pod wyjazd. Ostatecznie uznałam, że najlepszą, choć nieprzyjemną opcją będzie wyjazd do Londynu na piątkowy koncert i zostanie tam na noc, a następnie zmuszenie się do jakiegoś zwiedzania w sobotę, mimo że po zeszłomiesięcznym pobycie w Lądku w ogóle nie miałam na to ochoty. Przejrzałam hostele, dojazd tam i z powrotem, zapisałam wszystko w ulubionych i poszłam spać. We wtorek przystąpiłam do finalizacji. Weszłam na stronę klubu, dodałam do koszyka bilet na koncert i... okazało się, że muszę najpierw zarejestrować moją kartę online. Pierwszy odruch zniecierpliwienia, ale co począć, grzecznie wypełniam przydługi formularz, klikam submit... i okazuje się, że karty nie można zarejestrować, bo dane się nie zgadzają. Ponowne zniecierpliwienie. Po kilku próbach rejestracji i przejrzeniu wszystkich papierów z banku, loguję się na konto i odkrywam, że mam debet. No faktycznie, byłam pewna, że mam jeszcze 48 funtów ale przecież podejmowałam 50 w Sheffield. Bilans: -1,39. Nic to, myślę sobie, zachowam spokój, jutro po pracy poproszę Helen, żeby zapłaciła za hostel i bilet. Niestety, "jutro" wystąpił zonk - Helen jeszcze nie było, zanim ja wyszłam, a jak wróciłam, to nie było jej już, bo miała umówione spotkanie. Ok, w środę też jest dzień. Niestety, dzień był, czego nie można powiedzieć o internecie w domu. Wówczas uznałam, że może jednak zamiast piątku w Londynie postawię na sobotę w Portsmouth. Zapaliłam się nawet do tego pomysłu - nie musiałabym brać wolnego, a pobyt nad morzem zaczął wydawać się ekscytujący. Udało mi się nawet, w rzadkich chwilach działania internetu znaleźć jakiś hostel do zaakceptowania. Niestety gdy Helen wróciła tego dnia ze spotkania, netu znowu nie było. Zaczęłam się denerwować. W czwartek w robocie bezczelnie szukałam noclegu w Portsmouth poza przerwą na lunch, bo Helen miała tego dnia spotkanie i powiedziała, że może zrobić dla mnie płatności w przerwie. Jak na złość, Linda zarzuciła mnie tego dnia pracą, a podczas przerwy Helen net w pracy wysiadł. Rozpacz. Po powrocie do domu rzuciłam się do laptopa. Brak netu. Później - nagły powrót sieci, szybki rzut oka na noclegi nad morzem - wyboru zero. Zatem szybki rzut oka na stronę Tricky'ego by sprawdzić, czy zupełnym przypadkiem nie ma innego koncertu w Anglii later this year, albo przynajmniej w Berlinie (zawsze można odwiedzić Eylema). W UK ani Berlinie niestety nie, ale za to 4-7.11 trzy razy w Polsce tak. Kurwa. Rezygnacja. Dlaczego mnie to spotyka. Dzika myśl - może jednak by tak wpaść na weekend do Krakowa? Jeszcze 2 tygodnie na podjęcie decyzji, i tak muszę poczekać, aż pensja spłynie.
Piątek rano - do pracy idę przybita. Linda pyta o koncert, odpowiadam pobieżnie, że w Londynie i Portsmouth noclegów brak, bez wdawania się w szczegóły. Linda pokazuje mi jakieś strony z noclegami u rodzin. Nadzieja odżywa. Szybki risercz i telefony do właścicieli. Nadzieja umiera ponownie. Kurwica mnie strzela gdy słyszę, jak Linda przez telefon opowiada Ericowi o tym, że nie jadę na koncert. Moja porażka urasta do wydarzenia dnia. Jakiś czas później Jon pyta o koncert. W skrócie zapodaję bolesną historię o tym, jak to nie udało mi się go zobaczyć w UK, a on w zamian bezczelnie przyjeżdża do Polski. Godzinę później na kompie Jona szukamy najbliższych koncertów w Birmingham. Linkin Park i 30 Seconds To Mars wzbudzają obopólne zainteresowanie, ale lepiej się nie nastawiać i nie robić sobie nadziei. Przy okazji znowu schodzi na Tricky'ego. W pół godziny Jon znajduje mi najdogodniejszy lot do Polski na jeden z koncertów i mówi "You should do it!". Maybe I should. Poczekajmy na pay day. Niczego nie wykluczam. I pomyśleć, wszystko tylko przez to, że zakochałam się w wykonaniu "Past mistake" na żywo na Open'erze...
Teraz mały off-topic, prawda życiowa, która nasunęła mi się podczas naszej samochodowej wycieczki: chłopcy i dziewczęta, chcąc sprawdzić, czy jesteście w stanie iść z kimś przez zawodowe lub prywatne życie, spędźcie z nim/nią kilka godzin w samochodzie. Jeśli nie potraficie znieść nieustannych komentarzy lub absolutnie zaskakujących i nieuzasadnionych przejawów road rage, przemyślcie jeszcze raz, czy na pewno chcecie to ponownie przeżywać przez resztę waszego życia. Jestem przekonana, że możnaby napisać naukową rozprawę o wpływie wspólnego podróżowania samochodem na wzrost liczby rozwodów.
Wracając do tematu właściwego, szczęśliwie wbrew moim obawom Bryan na koncercie bawił się doskonale, chyba nawet lepiej ode mnie. Lee objawił się w glorii i chwale, z czerwoną brodą i włosami i w czymś na głowie, co przypominało skrzyżowanie czapki z daszkiem, korony i kuli dyskotekowej. Muzycznie było dużo lepiej niż się spodziewałam i wówczas to, czyli w zeszły piątek stwierdziłam, że ten wyjazd to jest to, czego mi było trzeba (sam pobyt w dużym mieście był dawno nie odczuwaną sensacją, której braku wcześniej nie zauważałam), i że jednak chcę pojechać na Tricky'ego no matter what. Z tym postanowieniem wróciłam do domu.
W poniedziałek poczyniłam internetowe badania gruntu pod wyjazd. Ostatecznie uznałam, że najlepszą, choć nieprzyjemną opcją będzie wyjazd do Londynu na piątkowy koncert i zostanie tam na noc, a następnie zmuszenie się do jakiegoś zwiedzania w sobotę, mimo że po zeszłomiesięcznym pobycie w Lądku w ogóle nie miałam na to ochoty. Przejrzałam hostele, dojazd tam i z powrotem, zapisałam wszystko w ulubionych i poszłam spać. We wtorek przystąpiłam do finalizacji. Weszłam na stronę klubu, dodałam do koszyka bilet na koncert i... okazało się, że muszę najpierw zarejestrować moją kartę online. Pierwszy odruch zniecierpliwienia, ale co począć, grzecznie wypełniam przydługi formularz, klikam submit... i okazuje się, że karty nie można zarejestrować, bo dane się nie zgadzają. Ponowne zniecierpliwienie. Po kilku próbach rejestracji i przejrzeniu wszystkich papierów z banku, loguję się na konto i odkrywam, że mam debet. No faktycznie, byłam pewna, że mam jeszcze 48 funtów ale przecież podejmowałam 50 w Sheffield. Bilans: -1,39. Nic to, myślę sobie, zachowam spokój, jutro po pracy poproszę Helen, żeby zapłaciła za hostel i bilet. Niestety, "jutro" wystąpił zonk - Helen jeszcze nie było, zanim ja wyszłam, a jak wróciłam, to nie było jej już, bo miała umówione spotkanie. Ok, w środę też jest dzień. Niestety, dzień był, czego nie można powiedzieć o internecie w domu. Wówczas uznałam, że może jednak zamiast piątku w Londynie postawię na sobotę w Portsmouth. Zapaliłam się nawet do tego pomysłu - nie musiałabym brać wolnego, a pobyt nad morzem zaczął wydawać się ekscytujący. Udało mi się nawet, w rzadkich chwilach działania internetu znaleźć jakiś hostel do zaakceptowania. Niestety gdy Helen wróciła tego dnia ze spotkania, netu znowu nie było. Zaczęłam się denerwować. W czwartek w robocie bezczelnie szukałam noclegu w Portsmouth poza przerwą na lunch, bo Helen miała tego dnia spotkanie i powiedziała, że może zrobić dla mnie płatności w przerwie. Jak na złość, Linda zarzuciła mnie tego dnia pracą, a podczas przerwy Helen net w pracy wysiadł. Rozpacz. Po powrocie do domu rzuciłam się do laptopa. Brak netu. Później - nagły powrót sieci, szybki rzut oka na noclegi nad morzem - wyboru zero. Zatem szybki rzut oka na stronę Tricky'ego by sprawdzić, czy zupełnym przypadkiem nie ma innego koncertu w Anglii later this year, albo przynajmniej w Berlinie (zawsze można odwiedzić Eylema). W UK ani Berlinie niestety nie, ale za to 4-7.11 trzy razy w Polsce tak. Kurwa. Rezygnacja. Dlaczego mnie to spotyka. Dzika myśl - może jednak by tak wpaść na weekend do Krakowa? Jeszcze 2 tygodnie na podjęcie decyzji, i tak muszę poczekać, aż pensja spłynie.
Piątek rano - do pracy idę przybita. Linda pyta o koncert, odpowiadam pobieżnie, że w Londynie i Portsmouth noclegów brak, bez wdawania się w szczegóły. Linda pokazuje mi jakieś strony z noclegami u rodzin. Nadzieja odżywa. Szybki risercz i telefony do właścicieli. Nadzieja umiera ponownie. Kurwica mnie strzela gdy słyszę, jak Linda przez telefon opowiada Ericowi o tym, że nie jadę na koncert. Moja porażka urasta do wydarzenia dnia. Jakiś czas później Jon pyta o koncert. W skrócie zapodaję bolesną historię o tym, jak to nie udało mi się go zobaczyć w UK, a on w zamian bezczelnie przyjeżdża do Polski. Godzinę później na kompie Jona szukamy najbliższych koncertów w Birmingham. Linkin Park i 30 Seconds To Mars wzbudzają obopólne zainteresowanie, ale lepiej się nie nastawiać i nie robić sobie nadziei. Przy okazji znowu schodzi na Tricky'ego. W pół godziny Jon znajduje mi najdogodniejszy lot do Polski na jeden z koncertów i mówi "You should do it!". Maybe I should. Poczekajmy na pay day. Niczego nie wykluczam. I pomyśleć, wszystko tylko przez to, że zakochałam się w wykonaniu "Past mistake" na żywo na Open'erze...
Subskrybuj:
Posty (Atom)