sobota, 23 października 2010

Wracając wczoraj wieczorem do domu ujrzałam porzuconą na parkingu pustą puszkę po Tyskim i poczułam się jak w domu:)

poniedziałek, 11 października 2010

Dziś karmiłam Jamesa mielonymi. Zjadł, podziękował i powiedział, że dobre. Prawdziwy angielski dżentelmen.

niedziela, 10 października 2010

W poszukiwaniu różowej żyrafy

Helen and James are officially back together. Nie wiem, co ze sprzedażą domu, ale ona ma się wkrótce znowu wprowadzić. Z kotami.

Zwiedzanie atrakcji turystycznych Worcester - The Commandery i katedry od środka - w towarzystwie Bryana było naprawdę spoko. W Commandery zeszły nam 2 godziny, a można tam siedzieć dużo dłużej. W katedrze szukałam na witrażach różowej żyrafy. Iliana twierdziła, że zwierzak tam jest, ale niestety nie udało mi się go wypatrzyć. Trafiliśmy za to na próbę chóru i orkiestry, więc zupełnie jakbyśmy zaliczyli darmowy koncert. Wdrapaliśmy się też na wieżę katedry po cholernie niewygodnych wijących się schodach, w dodatku im wyżej, tym węższa stawała się wieża - nie polecam nikomu, kto ma klaustrofobię. Niemniej jednak po zejściu otrzymałam certyfikat potwierdzający odbycie tej ekscytującej wycieczki na szczyt, zatem wyczyn został udokumentowany i mam to na papierze.

Wieczorem poszliśmy na imprezę urodzinową Gregga (znajomego Helen, a jakże), która odbywała się w klimacie lat 90. Pierwsze pozytywne odkrycie - Staropramen z nalewaka. Do tego, że mają Leffe i Stella Artois zdążyłam się już przyzwyczaić. Ogólnie plan był taki, że po jednym (mieliśmy tam być tylko do około 22), góra dwóch Staropramenach wrócę grzecznie do domu. Impreza w rytmach Beastie Boys i Apollo 440 rozkręciła się jednak naprawdę pozytywnie. Skończyło się na 4,5 piwach. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wypiłam tyle, do tego w tak krótkim czasie! Muszę za to zapamiętać, żeby więcej tego nie robić. Pożałowałam zaraz po powrocie do domu.

wtorek, 5 października 2010

The break-up

W czwartek, kilka dni po zastaniu ich wtulonych w siebie na kanapie, Helen zerwała z Jamesem. W sobotę zabrała swoje rzeczy i koty. U Jamesa nastąpiła faza roszczeń oraz 'możesz mi skoczyć', od razu (następnego dnia!) przystąpił do sprzedaży domu, w którym mieszkamy.
W tej chwili siedzą razem za zamkniętymi drzwiami już trzecią godzinę i zaśmiewają się z czegoś. wtf?

Godzinę później: update. Z pokoju, w którym już dłuższy czas temu śmiechy ustały, natomiast światło zostało zgaszone, wyłoniła się Helen w sukience założonej na gołe ciało, bez rajstop. Przychodząc tutaj, zdecydowanie była kompletnie ubrana. Jeśli zostanie na noc, to ja już naprawdę nie nadążam...

sobota, 2 października 2010

Odwiedziłam dziś karaibską restaurację w Birmingham i przez dłuższy czas byłam tam jedyną białą osobą. Dosyć dziwne uczucie.

piątek, 1 października 2010

Tuesday night is gay night in Worcester

Bryana poznałam w niedzielę. Miałam już wychodzić z Acoustic Lunch zmęczona pobytem w klubie w towarzystwie znajomych Helen, którzy co do jednego są starsi ode mnie (nowość w moim życiu - być najmłodszą w grupie), matek z dziećmi i kobiet po 50-tce, kiedy on się dosiadł. Rozmowa była zaledwie miła dopóki nie okazało się, że Bryan jest Jamajczykiem. Naturalnie, od razu doszło do wymiany zdań na temat reggae i okolic, która skończyła się na "if you give me your phone number, I can text you if there's something interesting going on in the city".
Każdy, kto mnie dobrze zna wie, że jestem ostatnią osobą, która dałaby dopiero co poznanemu facetowi numer telefonu. Niemniej jednak oferta informacji imprezowej była wystarczająco kusząca, by jej ulec. Potem okazało się, że idziemy do domu w tym samym kierunku, zatem wyszliśmy razem. Zaowocowało to odrzuconym przeze mnie zaproszeniem na gorącą czekoladę po drodze ("hot chocolate" w ustach ciemnoskórych osób brzmi zawsze jakoś inaczej, z lekką nutką added value). Po powrocie do domu pomyślałam nawet, że uznał to pewnie za objaw braku zainteresowania, toteż nie spodziewałam się odzewu. Sms z ponownym zaproszeniem na hot drink wieczorem przyszedł już we wtorek i po namyśle spotkał się z łaskawym przyjęciem.
W połowie mojego cappuccino on już zaproponował spacer (najwyraźniej konwersacja nie wydała mu się wystarczająco pasjonująca). Mieliśmy iść obejrzeć pewną łódkę, której zdjęcie miał na komórce (urocze w jakiś dziwaczny sposób) w miejsce, które znałam, niestety okazało się, że wybrał trasę, która jest mi obca, w zaułkach jest ciemno i pusto, a z nieba pada dość obfity deszcz. Później było już tylko ciekawiej - co chwila wybierał drogę, co do której sam nie był pewien (na szczęście zawsze okazywała się właściwa), po kwadransie szybkiego marszu wzdłuż kanału rzecznego (czyli około 1/3 dystansu) prawie przestałam się odzywać bo dostałam zadyszki i przypomniała mi się historia choroby na astmę krążąca w rodzinie. W momencie przechodzenia na drugą stronę zatoki po mokrej, wąskiej, słabo zabezpieczonej i nieoświetlonej kładce (jedyna droga) pomyślałam, że jeśli przetrwam ten spacer, to nic mi już nie straszne. Szczęśliwie dotarłam do domu, pożegnania hugiem i "I'll text you some time", co uznałam za oznakę niepowodzenia naszej night out.
Kolejny sms przyszedł następnego wieczora. Jednak nie popadam w nadmierny optymizm. W końcu, jak Bryan sam mnie poinformował, we wtorek wieczorem na miasto wychodzą geje. To daje do myślenia... ;)