niedziela, 10 października 2010

W poszukiwaniu różowej żyrafy

Helen and James are officially back together. Nie wiem, co ze sprzedażą domu, ale ona ma się wkrótce znowu wprowadzić. Z kotami.

Zwiedzanie atrakcji turystycznych Worcester - The Commandery i katedry od środka - w towarzystwie Bryana było naprawdę spoko. W Commandery zeszły nam 2 godziny, a można tam siedzieć dużo dłużej. W katedrze szukałam na witrażach różowej żyrafy. Iliana twierdziła, że zwierzak tam jest, ale niestety nie udało mi się go wypatrzyć. Trafiliśmy za to na próbę chóru i orkiestry, więc zupełnie jakbyśmy zaliczyli darmowy koncert. Wdrapaliśmy się też na wieżę katedry po cholernie niewygodnych wijących się schodach, w dodatku im wyżej, tym węższa stawała się wieża - nie polecam nikomu, kto ma klaustrofobię. Niemniej jednak po zejściu otrzymałam certyfikat potwierdzający odbycie tej ekscytującej wycieczki na szczyt, zatem wyczyn został udokumentowany i mam to na papierze.

Wieczorem poszliśmy na imprezę urodzinową Gregga (znajomego Helen, a jakże), która odbywała się w klimacie lat 90. Pierwsze pozytywne odkrycie - Staropramen z nalewaka. Do tego, że mają Leffe i Stella Artois zdążyłam się już przyzwyczaić. Ogólnie plan był taki, że po jednym (mieliśmy tam być tylko do około 22), góra dwóch Staropramenach wrócę grzecznie do domu. Impreza w rytmach Beastie Boys i Apollo 440 rozkręciła się jednak naprawdę pozytywnie. Skończyło się na 4,5 piwach. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wypiłam tyle, do tego w tak krótkim czasie! Muszę za to zapamiętać, żeby więcej tego nie robić. Pożałowałam zaraz po powrocie do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz