środa, 15 września 2010

Chapter 1. London.

Day 1.

Podróż samolotem – nic przyjemnego. Źle znoszę skoki ciśnienia. Podobne efekty daje ciągnięcie 20-kilowej torby. Nie chce się przez to wieczorem wychodzić już nigdzie z hotelu. Niemniej jednak wrodzona ludzka skłonność do wyglądania przez okno zwycięża – następnym razem siadam przy szybie:)
W samym Londynie – mega miłe wrażenia po wsiąściu do metra: mnóstwo przystojnych facetów!!! Oczywiście, żaden z nich nie był biały. Jeden taki siedział naprzeciwko mnie i męczył swoim widokiem przez dobre 14 stacji. Przypominał mi mojego ex Marcina. Był super.
Jutro rano planujemy małe zwiedzanie – stoisko polskie na Thames Festival ma dobrą lokalizację, niedaleko m.in. Tower, Parlament, Downing Street i znane mosty. Ciekawe ile uda nam się zobaczyć. A potem – 10 godzin na stoisku. Mam cichą nadzieję, że zainteresowanie będzie żadne:)

Day 2.

Dziś akcent patriotyczny - moje serce podbił polski akordeonista (choć z wyglądu – kruczoczarne owłosienie - przypominał raczej jakiegoś bladawego południowca, a i po cygańsku śpiewał podejrzanie dobrze) z zespołu folkowego, kóry grał na stoisku obok naszego. Akurat polskich piosenek w repertuarze mieli niewiele (słyszałam jedną), a folklor reprezentowali raczej bałkański i żydowski, ale grali świetnie i gromadzili tłumy. Nic dziwnego, bo ładne chłopaki były. Mnie wystarczyło gapienie się na ognistookiego showmana z akordeonem. Przypominał mi R., i pewnie też był młodszy. Takie jakieś zboczenie, że znowu ktoś mi się do niego wydaje podobny.
Wieczór – okazuje się, że nie mogę się połączyć z internetem. Nie wiem, co jest grane, a nie mam się jak skontaktować z Andrzejem – bo przecież nie ma internetu. Ciężka frustracja na koniec męczącego dnia.

Day 3.

Bardzo słonecznie. Wreszcie zobaczyłam coś ładnego w Londynie (mowa o Tower Bridge). Sama Tower – nic ciekawego. Podobnie jak Big Ben, lepiej wygląda w telewizji. No i okazało się, że i biali londyńczycy bywają przystojni. That’s a plus. Niestety akordeonisty i reszty zespołu (ani obsługi ich stoiska) dziś brak. Bu.
Dziś zmiana lokalizacji – przenosiny z hotelu do hostelu. Niezła przepaść, głównie jeśli chodzi o łazienkę. Mam nadzieję, że wytrzymam.

Day 4 & 5.

W pokoju hostelowym nie działa żadne gniazdko elektryczne, współlokatorka na zmianę kaszle i chrapie. Jeden z kiblo-pryszniców masakrycznie śmierdzi. Noce nieprzespane, bo ludzie co chwila walą drzwiami od pokojów. Chcę już wyjechać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz