wtorek, 9 listopada 2010

Rozrywki wszelakie część pierwsza

Wraz z półmetkiem mojego stażu nastąpiło zacieśnienie przestrzeni w moim kalendarzu, czyli wzmożona liczba wydarzeń o charakterze towarzyskim. W czwartek mieliśmy team night out, czyli wyjście na comedy night połączoną ze skąpą kolacją. Wieczór prowadziła kobieta, toteż już na starcie miała u mnie -100 punktów, a liczba spadała wprost proporcjonalnie do ilości czynionych przez nią nawiązań do seksu. Pierwszy komik też ciągle gadał o seksie, ale był czarny, więc na starcie dostał +100 i nawet po odjęciu punktów za wrzuty o giant cocks nadal pozostawał na plusie. Gwiazdą wieczoru byli The Noise Next Door, grupa komików-improwizatorów, którzy rozśmieszyli mnie do łez, i to trzykrotnie. Poczułam się jak za dawnych dobrych studenckich czasów, kiedy jeździłam za kabaretami i na kabarety, i na moment odżyło we mnie nieśmiertelne "Za rok koniecznie jedziemy na Mulatkę/Ryjek!". Chłopaków można obejrzeć np. tu: http://www.youtube.com/watch?v=W0jBShvVffY

W piątek był Guy Fowkes Day tudzież Night, więc w całym kraju przez cały weekend królowały bonfires i fajerwerki. Wybrałam się na takowe w sobotę. Ognisko - cóż, wielki płonący stos drewnianych skrzynek, nic, na co możnaby patrzeć dłużej niż przez 5 minut. Fajerwerki - fajne, ale żałośnie krótko (kwadrans). Ogólnie nie warte to było tych pięciu funtów zapłaconych za chwilę rozrywki na koszmarnie błotnistym polu. Atrakcją było zaś niewątpliwie towarzyszące widowisku wesołe miasteczko z karuzelami, zamkiem duchów i mega wielką chuśtawą. Jako że boję się wsiadać na wszelkiego rodzaju diabelskie młyny, kolejki górskie itp., dałam się namówić tylko na dwie umiarkowanie przerażające karuzele. Przeżyłam i jestem z siebie dumna.

W niedzielę nadszedł czas na wycieczkę do Malvern na zwiedzanie (nuda, zwłaszcza że do Malvern jeździ się chodzić po Wzgórzach, a ja nie mam odpowiednich butów, więc tego niestety nie zaliczyłam) oraz małą reggae imprezkę. Małą w dosłownym sensie. Zaczęło się od tego, że jakiś czas temu w Worcester próbowaliśmy zaliczyć podobny event, również z Yasusem Afari w roli głównej. Miał gadać swoje poezje w towarzystwie muzyków. Kiedy dotarliśmy tam grubo po czasie, po otwarciu drzwi okazało się, że koleś siedzi sobie na scenie i nawija do prawie pustej sali. Szybciutko wycofaliśmy się z powrotem na korytarz, a następnie przekonawszy się, że muzyki żadnej nie ma, po cichutku opuściliśmy budynek. Jadąc do Malvern mieliśmy nadzieję trafić na performance, zwłaszcza, że miała występować również Molara (ex-Zion Train). Okazało się, że tym razem mieliśmy więcej szczęścia - zniosłam jakoś propagandowy wykład Yasusa, z którym sobie nawet później trochę pogadaliśmy (na wieść, że jestem z Polski ożywił się i wspomniał o swoim występie w Warszawie parę lat temu, a później zostałam pozdrowiona ze "sceny" jako sister from Poland!), no a występ to było znowu to, czego mi było trzeba. Molara i Ital Audio dali fantastyczne, kameralne show dla 15 osób w sali nieco większej od mojego dużego pokoju. Cudo po prostu. Niestety musieliśmy zwinąć się wcześniej, przez co nie było szansy powiedzieć Molarze, że widziałam ją na żywo w Łodzi na pierwszej i jedynej edycji Boat Reggae Festival...

Jutro mamy z kolei wyjście z pracy na charity salsa evening (Anglicy - przynajmniej tutejsi - ciągle robią coś for charity), gdzie nie zamierzam tańczyć, ale mam za to poznać rodzinę Erica, w tym jego żonę i przystojnego syna, więc będzie warto. W sobotę miałyśmy jechać z dziewczynami do B'ham zaszaleć, ale niestety trzeba to było przełożyć. W nastepny czwartek idziemy z Ilianą i jej mężem (Helen ze znajomymi też będą) na 'Allo Allo'. Później w grafiku mam już 'tylko' ladies night w Birmingham i koncert Thirty Seconds To Mars z Jonem (i jego znajomymi). Ale że do wybrania mam jeszcze prawie 6 dni wolnego, a przyzwoitość nakazuje jakiś wypad turystyczny, jest spora szansa, że kalendarz z czasem się jeszcze bardziej zapełni.

2 komentarze: