W swoim zmotywowaniu do zaliczenia kilku dużych koncertów w Jukeju, wkrótce po przyjeździe do Worcester zrobiłam risercz gigów na październik. Jakież było moje podniecenie gdy okazało się, że Tricky, którego po Open'erze obiecałam sobie obejrzeć jeszcze raz, ma właśnie trasę po Anglii. Wysłałam maila do wszystkich w Izbie, bez względu na wiek, niestety odzew był żaden. Zaczęłam rozmyślać o samotnym wypadzie, pechowo w toku badania gruntu pod tę podróż okazało się, że powrót w środku nocy pociągiem lub busem do Worcester jest po prostu niemożliwy. W najlepszym wypadku, aby wrócić skądkolwiek - a w grę wchodziły przynajmniej dwie lokalizacje - na pierwszy transport do domu trzeba byłoby czekać do 5-6 rano. Zatem - konieczny byłby nocleg, czyli dodatkowy wydatek i fatyga. Powoli animusz zaczął mnie opuszczać, a występ Tricky'ego postanowiłam zrekompensować sobie wypadem do Sheffield na koncert Lee Scratch Perry'ego. I'm not a fan, ale doświadczenie wydawało się warte zaliczenia, zwłaszcza że ze względu na wiek facet może już długo nie pociągnąć. Udało mi się namówić na tę eskapadę Bryana, który - ważna rzecz - dysponuje samochodem. Trzy dni przed koncertem wyznał, że w życiu nie słyszał o takim artyście, przez co Worcester opuszczałam z duszą na ramieniu.
Teraz mały off-topic, prawda życiowa, która nasunęła mi się podczas naszej samochodowej wycieczki: chłopcy i dziewczęta, chcąc sprawdzić, czy jesteście w stanie iść z kimś przez zawodowe lub prywatne życie, spędźcie z nim/nią kilka godzin w samochodzie. Jeśli nie potraficie znieść nieustannych komentarzy lub absolutnie zaskakujących i nieuzasadnionych przejawów road rage, przemyślcie jeszcze raz, czy na pewno chcecie to ponownie przeżywać przez resztę waszego życia. Jestem przekonana, że możnaby napisać naukową rozprawę o wpływie wspólnego podróżowania samochodem na wzrost liczby rozwodów.
Wracając do tematu właściwego, szczęśliwie wbrew moim obawom Bryan na koncercie bawił się doskonale, chyba nawet lepiej ode mnie. Lee objawił się w glorii i chwale, z czerwoną brodą i włosami i w czymś na głowie, co przypominało skrzyżowanie czapki z daszkiem, korony i kuli dyskotekowej. Muzycznie było dużo lepiej niż się spodziewałam i wówczas to, czyli w zeszły piątek stwierdziłam, że ten wyjazd to jest to, czego mi było trzeba (sam pobyt w dużym mieście był dawno nie odczuwaną sensacją, której braku wcześniej nie zauważałam), i że jednak chcę pojechać na Tricky'ego no matter what. Z tym postanowieniem wróciłam do domu.
W poniedziałek poczyniłam internetowe badania gruntu pod wyjazd. Ostatecznie uznałam, że najlepszą, choć nieprzyjemną opcją będzie wyjazd do Londynu na piątkowy koncert i zostanie tam na noc, a następnie zmuszenie się do jakiegoś zwiedzania w sobotę, mimo że po zeszłomiesięcznym pobycie w Lądku w ogóle nie miałam na to ochoty. Przejrzałam hostele, dojazd tam i z powrotem, zapisałam wszystko w ulubionych i poszłam spać. We wtorek przystąpiłam do finalizacji. Weszłam na stronę klubu, dodałam do koszyka bilet na koncert i... okazało się, że muszę najpierw zarejestrować moją kartę online. Pierwszy odruch zniecierpliwienia, ale co począć, grzecznie wypełniam przydługi formularz, klikam submit... i okazuje się, że karty nie można zarejestrować, bo dane się nie zgadzają. Ponowne zniecierpliwienie. Po kilku próbach rejestracji i przejrzeniu wszystkich papierów z banku, loguję się na konto i odkrywam, że mam debet. No faktycznie, byłam pewna, że mam jeszcze 48 funtów ale przecież podejmowałam 50 w Sheffield. Bilans: -1,39. Nic to, myślę sobie, zachowam spokój, jutro po pracy poproszę Helen, żeby zapłaciła za hostel i bilet. Niestety, "jutro" wystąpił zonk - Helen jeszcze nie było, zanim ja wyszłam, a jak wróciłam, to nie było jej już, bo miała umówione spotkanie. Ok, w środę też jest dzień. Niestety, dzień był, czego nie można powiedzieć o internecie w domu. Wówczas uznałam, że może jednak zamiast piątku w Londynie postawię na sobotę w Portsmouth. Zapaliłam się nawet do tego pomysłu - nie musiałabym brać wolnego, a pobyt nad morzem zaczął wydawać się ekscytujący. Udało mi się nawet, w rzadkich chwilach działania internetu znaleźć jakiś hostel do zaakceptowania. Niestety gdy Helen wróciła tego dnia ze spotkania, netu znowu nie było. Zaczęłam się denerwować. W czwartek w robocie bezczelnie szukałam noclegu w Portsmouth poza przerwą na lunch, bo Helen miała tego dnia spotkanie i powiedziała, że może zrobić dla mnie płatności w przerwie. Jak na złość, Linda zarzuciła mnie tego dnia pracą, a podczas przerwy Helen net w pracy wysiadł. Rozpacz. Po powrocie do domu rzuciłam się do laptopa. Brak netu. Później - nagły powrót sieci, szybki rzut oka na noclegi nad morzem - wyboru zero. Zatem szybki rzut oka na stronę Tricky'ego by sprawdzić, czy zupełnym przypadkiem nie ma innego koncertu w Anglii later this year, albo przynajmniej w Berlinie (zawsze można odwiedzić Eylema). W UK ani Berlinie niestety nie, ale za to 4-7.11 trzy razy w Polsce tak. Kurwa. Rezygnacja. Dlaczego mnie to spotyka. Dzika myśl - może jednak by tak wpaść na weekend do Krakowa? Jeszcze 2 tygodnie na podjęcie decyzji, i tak muszę poczekać, aż pensja spłynie.
Piątek rano - do pracy idę przybita. Linda pyta o koncert, odpowiadam pobieżnie, że w Londynie i Portsmouth noclegów brak, bez wdawania się w szczegóły. Linda pokazuje mi jakieś strony z noclegami u rodzin. Nadzieja odżywa. Szybki risercz i telefony do właścicieli. Nadzieja umiera ponownie. Kurwica mnie strzela gdy słyszę, jak Linda przez telefon opowiada Ericowi o tym, że nie jadę na koncert. Moja porażka urasta do wydarzenia dnia. Jakiś czas później Jon pyta o koncert. W skrócie zapodaję bolesną historię o tym, jak to nie udało mi się go zobaczyć w UK, a on w zamian bezczelnie przyjeżdża do Polski. Godzinę później na kompie Jona szukamy najbliższych koncertów w Birmingham. Linkin Park i 30 Seconds To Mars wzbudzają obopólne zainteresowanie, ale lepiej się nie nastawiać i nie robić sobie nadziei. Przy okazji znowu schodzi na Tricky'ego. W pół godziny Jon znajduje mi najdogodniejszy lot do Polski na jeden z koncertów i mówi "You should do it!". Maybe I should. Poczekajmy na pay day. Niczego nie wykluczam. I pomyśleć, wszystko tylko przez to, że zakochałam się w wykonaniu "Past mistake" na żywo na Open'erze...
ło kurcze! toż to istna odyseja... :P to przylatujesz do Krakowa?
OdpowiedzUsuńuhh no historia to nie lada;) co do przylotu to na dzis jestem na nie - wlasnie naczytalam sie rozczarowanych komentarzy po angielskiej trasie o tym, jak to Tricky caly koncert byl nacpany i szczerze mowiac, nie mam ochoty marnowac czasu i pieniedzy na wystep, ktorego esencja bedzie mamrotanie na scenie...
OdpowiedzUsuń